You are viewing [info]ocet's journal

Kochamsię
(
Recent Entries 
27th-Apr-2007 10:28 pm(no subject)
zmienilo sie duzo za duzo. duzo za duzo. a ja wracam do domu.
12th-Mar-2006 09:27 am - cells
Dostalem niedawno swojego wlasnego laptopa, ktory nie przyjmuje do siebie faktu istnienia polskich czcionek, wiec pisac bede bez ogonkow.
Kilka dni temu obudzilem sie i zobaczylem paczke papierosow na poduszce, obok biala zapalniczke i zlozony liscik. Liscik wyrzucilem bez czytania, bo i tak juz wiedzialem, ze znowu S. wyjechal, co zreszta Roza potwierdzila przy sniadaniu. To juz nie jest to samo. Przynajmniej Roza jest fajna i robi swietny sok z marchewki.
Trudno. Mamy w domu naprawde mnostwo ksiazek, wiec nie marnuje tego czasu. Ostatnio zasypiam z ksiazka w reku i budze sie jeszcze siedzac na lozku, oparty o sciane, z tomiszczem na kolanach i lampka zapalona nad glowa. Usta mi pierzchna. Kawa przestala na mnie dzialac. Jak juz pisalem: trudno.
Pies patrzy na wszystko z przymruzeniem oka, bo i tak ma to w dupie.
14th-Feb-2006 01:06 am - You are so cool
Popełniłem błąd taki, że się przywiązałem. Normalność jest dla mnie bardzo ciężka, to prawdziwe wyzwanie wbrew wszelkim pozorom. Nawet jeśli ta nasza normalność jest bardzo względna. Tak naprawdę zwyczajność polega jedynie na tym, że w nocy nie pozwalasz mi długo, długo zasnąć, a potem rano robię nam jeść, byle tylko Róża się do śniadania nie zabrała, bo to niebezpieczne dla żołądka. I jeszcze to jest normalne, że masz do kogo wracać do domu, i że to właśnie dom masz a nie hotel, choćby nie wiem jak wspaniały. Że w tym domu jest pies i że słuchamy Indochine rano a sentymentalnych piosenek Edith wieczorem, że czasami jest potwornie zimno. I chyba nic innego do zbudowania normalności nie jest potrzebne. Nic poza Tobą na moich plecach i poza Twoim szeptaniem mi do ucha. Pomyśleć, że nie tak dawno się Ciebie bałem a teraz boję się o Ciebie. To przecież nielogiczne.

Mały Japończyk, który ma na imię Yuki, jest osobą bardzo miłą, serdeczną i grzeczną aż do bólu. Właściwie to zaskakująco dobrze go znoszę, być może dlatego, że w ogóle zaczynam sobie wszystko układać i z wieloma rzeczami znacznie lepiej sobie radzę. Miło mi się z nim pali papierosy w środku nocy i rozmawia na te tematy, o których z reguły się nie rozmawia. I tylko on w sumie przypomina mi, że to wszystko nigdy nie będzie zwyczajne i że normalność nam nie grozi.
9th-Feb-2006 01:57 am - Pedro Almodóvar: Złe wychowanie
FEVR badał, jak funkcjonują rodziny ofiar wypadków drogowych. Najgorzej jest w ciągu pierwszych trzech lat. 72 proc. członków rodzin straciło zainteresowanie codziennymi zajęciami. 70 proc. straciło energię życiową, 49 proc.- pewność siebie, 46 proc. ma stany lękowe, 37 proc.- myśli samobójcze, 64 proc.- objawy depresji, 27 proc. - różne fobie, 35 proc.- problemy z układem pokarmowym, 78 proc. ma napady gniewu, 71 proc.- wściekłości i oburzenia, 70 proc. ma trudności w komunikowaniu się, problemy rodzinne i zaburzenia seksualne. Po trzech latach objawy osłabiają się. Lecz nie u wszystkich. Aż w połowie tak osieroconych rodzin utrzymują się i mogą przejść w stan chroniczny. Aż u 40 proc. czas nie leczy ran. Zamiast lepiej, po trzech latach bywa nawet gorzej. Jak to obliczyli psychologowie z FEVR, gorzej o 5 proc. (-dzisiaj otrzymane mailem z polskiej prasy, źródło: Polityka, nr6.)
Co ciekawe czytałem mejla akurat wtedy kiedy z dołu dobiegało mnie spazmatyczne szlochanie szesnastolatka, który kłócił się ze swoim wujem. Ponad trzy lata za sobą i ani odrobinę lepiej, ten tam na dole, z tego co wiem, tylko niecałe półtora miesiąca, i właściwie dopiero teraz się budzi na tyle, żeby zrozumieć co się stało. Właściwie to jeszcze ani razu ze sobą nie rozmawialiśmy, on chyba nawet za dobrze nie wie jak ja wyglądam bo jestem we własnym domu ostatnio trochę bardziej duchem niż prawowitym mieszkańcem. W kieszeni noszę zmiętą karteczkę z numerem telefonu do dziadków, ha, tu ich mam, w kieszeni spodni. W 60 proc. przypadków czas jednak leczy rany, więc jeszcze troszeczkę zaczekam.
Potem słyszę jak ktoś biegnie po schodach na górę, a kiedy wyglądam przez szparę w drzwiach widzę jak chłopak siedzi na podłodze, z nosa mu cieknie a w drżących palcach żarzy się papieros, z którego popiół, pomimo histerii, starannie strząsał do doniczki z martwą pelargonią, którą ostatnio wymeldowałem ze swojego pokoju na korytarz. Kiedy zauważył, że się na niego patrzę, przywarł plecami do ściany jakby chciał się w nią wtopić, wymamrotał, że bardzo przeprasza i schował twarz w dłoniach. Zaniosłem mu chusteczki, położyłem je obok doniczki i przez tę chwilę miałem okazję mu się przyjrzeć. I wtedy zrozumiałem o czym mówił do mnie kiedyś Amadeusz: o strachu, o patrzeniu, o bezbronności i o tym, że niektórzy byliby w stanie za to zabić.
Jezu, jak mnie jest potwornie tego chłopaka żal.
Właśnie skończyłem osiemnaście lat i nadal tkwię w takim samym bagnie co zazwyczaj. Zrobiłem sobie prezent urodzinowy w postaci zamknięcia się w pokoju (Sasza rzecz jasna nie pamiętał) i bawiłem się w w y c i n a n k i. Uwielbiam siebie ze łzami na końcach rzęs. Ładnie wyglądam posiniaczony i do twarzy mi z rozwaloną wargą. Jeśli jest troszeczkę krwi to już w ogóle wyglądam jak skończony cud świata. Możliwe, że uważam tak dlatego ponieważ tylko w takim stanie ludzie są skłonni okazywać mi sympatię.
Nie rozmawiałem jak dotąd ani z Saszą, ani z Różą, ani z Gośćmi. Wygoniłem też psa, bo moje plany na najbliższe kilka dni nie obejmują wychodzenia z domu na spacery. Nie widzę potrzeby komunikowania się z nikim, moja obecność w tym domu jest chyba zbędna. Zobaczymy.
1st-Feb-2006 03:30 am - Army of me
Sasza wyjechał na dwa tygodnie bez słowa.
"To bardzo w jego stylu. Oczywiście mógł kogoś wcześniej uprzedzić, ale on po prostu tego nie robi, zrozum. On bierze walizkę i jedzie, taki już jest i nie zmienisz go, więc się nie denerwuj" - uspokajała mnie Róża i podpalała mi papierosy, których wypaliłem jakąś kosmiczną ilość w tym czasie, kiedy próbowałem dodzwonić się na jego komórkę. Róża ze stoickim spokojem powtarzała, że nic mu nie jest, na pewno to coś "służbowego" a raz to wyjechał na osiem miesięcy kiedy po prostu miał wszystkiego dość i kiedy wrócił był opalony, miał wypłowiałe od słońca, długie i zmierzwione włosy, był chudy jak kij od szczotki, palił dziwne papierosy z arabskimi literkami na opakowaniu i gadał z jakimś koszmarnym akcentem.
Dostawałem wtedy jeszcze większego szału, bo o ile zrozumiem wyjazd służbowy to nie uśmiechało mi się czekanie ośmiu miesięcy tylko po to, żeby zobaczyć go opalonym i zarośniętym.
Wczorajszy poranek rozpocząłem od sparingu z Umą w łóżku w pokoju na poddaszu- bo Uma sypia ze mną oczywiście, a ranek bez obgryzania mnie i szturchania byłby rankiem straconym ("Co ty się dziwisz?"- pyta Róża pogardliwie- "Od kiedy cię poznałam schudłeś okropnie, ona pewnie myśli, że twoje ramię to kość, wyglądasz jak kościotrup.") Podczas naszych rozkosznych zapasów (czytaj: kto kogo i w bardziej wymyślny sposób zepchnie z łóżka oraz nie pozwoli na to łóżko wrócić) usłyszałem jak jakiś samochód podjeżdża pod dom. Ponieważ na samochodach znam się równie dobrze jak na polityce (czytaj: w ogóle i nie chcę się znać) przez okno dostrzegłem jedynie tyle, że samochód był duży i w najbardziej krzykliwym odcieniu czerwieni jaki kiedykolwiek dane mi było oglądać. Z auta wyszedł - a jakże!- Sasza w towarzystwie dwóch mężczyzn, właściwie mężczyzny i chłopca.
Rzecz jasna Uma podniosła alarm i zleciała po schodach szczekając bardzo groźnie, co by wzbudzić należyty respekt. Dopadła do drzwi akurat kiedy Sasza i jego - a jak się miało okazać kilka minut później- nasi goście, ściągali z siebie płaszcze. Oczywiście skończyło się tylko na obszczekaniu nowo przybyłych i ostentacyjnym usadowieniu się na progu drzwi kuchni z gardłowym pomrukiem wydobywającym się z psiego pyska co kilkanaście sekund.
Ja w tym czasie stałem na schodach ubrany w naciągnięty pośpieszenie golf i dżinsy, byłem nawet bez skarpet, jeszcze z potarganymi włosami. Róża przywitała ich oficjalnie (jak niemiecka służbistka, przysięgam) i dopiero po wymianie uścisków dłoni Sasza raczył mnie dojrzeć.
"-A ty co, nie przywitasz się?"- zapytał. Starając się wyglądać tak ponuro jak tylko potrafię zszedłem na dół i pozwoliłem mu się pocałować w policzek. Zza jego ramienia przyglądał się mi na oko trzydziestokilkuletni Japończyk oraz, od drzwi, patrzy na mnie drugi Japończyk, który mógł mieć góra 15-16 lat. Zamrugałem intensywnie oczami bo jeszcze nigdy nie przypatrywało mi się z bliska aż dwóch Japończyków, więc chyba rozumiecie moje zaskoczenie. Kiedy spojrzałem jeszcze raz nie rozwiali się wcale w powietrzu, skąd wywnioskowałem, że są jak najbardziej prawdziwi.
"-Kto to?"- warknąłem.
Sasza odciągnął mnie na bok i objaśnił, że przez pewien czas zamieszkają u nas (!) i że to jedynie goście w interesach, więc powinienem zachować spokój. Zachować spokój! Zacząłem wypytać dalej, skąd ich wytrzasnął i co to za interesy, na co Sasza wyciągnął z kieszeni papierosa, odpalił go, wcisnął mi go w usta i wyszedł do przedpokoju żeby zająć się naszymi "gośćmi w interesach". Wziąłem psa i poszliśmy obrażeni na górę, pies chyba nawet bardziej niż ja. Spędziliśmy w pokoju kilka godzin i odburkiwaliśmy "Nie" na każde wezwanie z dołu, ja chyba bardziej niż pies. I szczerze powiedziawszy byłem tam gotów przesiedzieć do sądnego dnia, bo kompletnie nie byłem zainteresowany, natomiast przyszedł do mnie Sasza pod wieczór, był już przebrany w luźny sweter i wytarte spodnie a na dole było cicho, więc wnioskowałem, że Japończycy rozgościli się na tyle by swobodnie pójść spać. Usiadł na moim łóżku, gdzie zresztą ja i Uma czytaliśmy książkę i przygotował się do poważnej rozmowy poprzez odkrztuszenie i zmierzwienie sobie włosów na głowie.
On chyba naprawdę nie pojmuje, że człowiek może czuć się jak gówno kiedy zostanie w taki sposób potraktowany. Jemu naprawdę to tego pustego łba nie przyjdzie, że mnie chuja obchodzą jacyś Japończycy i jego interesy. Nie rozumie, że przez dwa tygodnie (a to wbrew pozorom potwornie dużo) umierałem, obgryzałem paznokcie, miałem koszmary, albo bałem się, że jestem dla niego niewystarczająco dobry i już mu się znudziłem, albo że coś mu się stało. Że przez dwa cholerne tygodnie słuchałem wyłącznie the Cure, że nie wychodziłem z łóżka, że czerniłem sobie płuca, że do kurwy nędzy znowu straciłem wszystkie podstawy, jakie on mi wybudował. Bo wy jeszcze nie wiecie jak bardzo to wszystko jest specyficzne i ile ten obcy generalnie facet dla mnie zrobił. Nie wiecie, że od takich osób jak on zależy wszystko, chociaż pojutrze kończę osiemnaście lat to nadal będzie zależało. W każdym razie jego zniknęcie naprawdę zburzyło cały mój misternie wypracowany spokój, poczucie bezpieczeństwa i tego, że jestem w domu.
Rzecz jasna poinformowałem go o tych wszystkich rzeczach, które mi się tak bardzo nie spodobały. On tylko spojrzał na mnie i powiedział jakby to usprawiedliwiało wszystko: "Przecież zostawiłem cię z Różą, prawda? Ja z Różą pracuję i zawsze do niej wracam, więc skoro jesteś z nią, to do ciebie też wrócę".
Z a b o l a ł o.
Ale nieistotne. Bo i tak cała ta notka zmierza ku przedstawieniu genialnego pomysłu, na który mój kochany, słodki, ES wpadł.
Pomysł tyczył się rzecz jasna Japończyków, a konkretnie tego młodszego.
"Bo wiesz, on jest w podobnej sytuacji co ty kiedyś. Chodzi przede wszystkim o to, że on specjalnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy i zasadniczo dobrze by było, gdyby ktoś mu pomógł się przystosować".
Halo. Ja się chyba przesłyszałem? Tak?
Bo wy nie wiecie również tego jaka była moja sytuacja kiedyś. Nie chcecie wiedzieć. W każdym razie na samą myśl o tym, że jeszcze ktoś jest w takiej samej i ja mam mu "pomagać" (czytaj: znieczulać) krew mnie zalewa.
"Nie ma rodziców?" - pytam wkurwiony. "Nie"- odpowiada. "A ten facet to kim niby dla niego jest?". W tej chwili S. uśmiecha się tylko i patrzy na mnie w taki sposób, że ja już sam wiem, że wujem.
Potem dowiaduję się, że są dosyć majętni, świetnie mówią po angielsku, francusku i jeszcze jakiemuś, i że jedyne co mam zrobić "to być miłym i nauczyć go paru rzeczy", potem klepnięcie w ramię i buzi w policzek, i on naprawdę pada z nóg więc idzie do łóżka. Jeśli będę chciał, to mogę zejść przecież tam do sypialni, nie ma problemu.
Nie wiem jakim cudem on nie zauważa, że problem jest. I że żyjemy w środku rzewnej, kiepskiej piosenki z podrzędnego baru dla przyszłych samobójców.
23rd-Jan-2006 06:47 am - krókie wariacje o oddychaniu
Gryzę usta do krwi i myślę, że już nawet ona smakuje Tobą. Wyjeżdżasz i wracasz, i wydaje Ci się to w porządku. Żadnych emocji, jakbym był meblem do którego jest się bardzo przywiązanym. Ale meblem.
Znowu nie mam miejsca dla siebie.
"-Boisz się go? Nie chodzi mi tylko o mnie, o to tutaj, tylko w ogóle.
-Nie. Czemu miałabym się bać? Wszyscy wiedzą, że nie należy go denerwować, obrażać, zakłócać jego samotności czy nękać pytaniami, ale to nie strach. Czemu płaczesz, co się stało?
-Sam nie wiem.
-To ja ci powiem. Stał się dla ciebie całym światem, jak tylko może zrobić ktoś jak on wielki. A teraz znalazłeś się poza tym światem i chciałbyś do niego wrócić. Człowiek taki jak on staje się dla ciebie wszystkim, a jego słowa- miarą wszystkich rzeczy. To, co na zewnątrz, jest bez wartości, gdyż on tego nie widzi ani nie naznaczył tego jako wartościowe. Musisz wrócić. Wrócić do domu"


"-Co to się stało, co zrobiłeś....
Uciszył mnie, przykładając palec do ust.
-Czy myślisz o mnie jak o innych mężczyznach?
-Nie - odrzekłem, ale w ponownym przypływie trwogi objąłem go i wtuliłem twarz w jego szyję.
Lekko pogładził mnie po głowie, ucałował jej czubek, potem zebrał włosy, lekko pociągnął i spojrzał mi w oczy.
-Pewnego dnia będę chciał, abyś się oddalił.
-Nie pragnę niczego prócz ciebie.
-...a kiedy wspomnisz o tych chwilach, kiedy w półśnie za zamkniętymi powiekami zobaczysz mnie, zdadzą ci się te momenty dziwaczne i zepsute. Będziesz myślał o nich jak o dziwnych czarach, a miejsce to uznasz za kryjówkę czarnych sekretów, nad czym będziesz bolał.
-Nigdzie nie pójdę!
-Pamiętaj wtedy, że to była miłość. Że była to w istocie szkoła miłości, w której wyleczyłeś swe rany, znowu nauczyłeś się mówić, ba, nie tylko mówić, ale i śpiewać, że tutaj tak się narodziłeś ze złamanego dziecka, jakby było tylko skorupką, a ty aniołem, który z jej resztek wynurza się, rozpościerając skrzydła."

Czytam banalne książki i kompletnie mnie rozpierdalają. Kończy się to tym, że budzę Saszę w nocy i zaczynam mu się wypłakiwać, a robię to tak głośno, że budzę też Różę, i ona schodzi ze swojej sypialni na górze (gdzie kiedyś była graciarnia) z rozwianym włosem i rozchełstaną na piersiach koszulą Saszy (ona sypia w jego wyjściowej koszuli i nadal próbuje mi mówić, że nigdy ze sobą nie byli w łóżku!) i mruczy: "Kurwa jego w dupę pierdolona mać, zabierz go wreszcie do lekarza bo albo on się zabije, albo ja go zabiję, i będziemy mieli w domu niepotrzebne zwłoki!".
A ja po lekach mam wizje i nie wiem gdzie jestem, jedynym sposobem na postawienie mnie do pionu jest zaciągnięcie do kuchni, usadzenie na taborecie i zrobienie potwornie mocnej kawy a potem zmuszenie do wypicia jej gorącej, od razu. Mam poparzone gardło, szczerze mówiąc.
Nie mam pojęcia co ostatnio robię, ale pies zaczyna się chować u Saszy, chociaż nadal szarpie mnie za nogawkę ilekroć usłyszy, że ktoś otwiera drzwi, wtedy chce mi dać do zrozumienia, że czas wyjść porzucać piłką w ogródku lub też wyjsć na siku.
A teraz idę czytać kolejną książkę i zobaczymy co z tego wyjdzie.

(Myślę, że pewna frustracja Saszy wynika też z tego, że ciągle okupuję jego laptop)
5th-Jan-2006 07:19 pm - La reine Soleil
Okazało się ostatnio, że mam anemię, nerwicę i jestem gdzieś tak jedną nogą w depresji a drugą w kłopotach z płucami, bo coś mi tam bardzo rzęzi i kaszlę jak opętany po nocach. Ach, i jeszcze stany lękowe mam. I psa, który rośnie. I Saszę, który jest na mnie zły i ciągle burczy pod nosem, że nie dbam o siebie, nie śpię, nie wychodzę z domu w ogóle, nie robię nic, że palę papierosy i że ciągle o czymś myślę i kończy się to atakiem rozpaczy. Rozumiem jego złość dość nieźle, bo w łóżku jestem teraz do niczego. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że mnie w ogóle nie ma w NASZYM łóżku, bo albo rozbijam się jak wściekły po całym domu od okna do okna, albo siedzę na piętrze w swoim starym pokoju na swoim starym łóżku (a mieliśmy spać w pokoju rodziców). Jeśli już robimy razem coś intymnego, to czytamy książki leżąc na jednym tapczanie rozwaleni jak dwa obrzydliwie leniwe i tłuste perskie koty i cytujemy sobie fragmenty, które są o nas. Bardzo dużo ich jest, nie miałem pojęcia, że tak dużo o mnie i o nim napisali. Piosenek też.
Jeśli ktokolwiek w domu zachowuje pełną równowagę to jest to Róża, bo Uma póki co jest troszeczkę zdezorientowana nowym miejscem, ale stopniowo wraca do normy.
Wiecie, chciałbym wiedzieć, czy nie byłbym heteroseksualny gdyby to tak zwane wszystko potoczyło się inaczej, i czy moja babcia nadal jest tak olśniewająco urocza jak zwykle. I czy Saszy naprawdę na mnie zależy, bo jak na mój gust góra za rok przestanę mu się podobać.
Góra za rok to już chyba nic mi nie zostanie fajnego.
28th-Dec-2005 09:28 pm - OMEN
Wczoraj dolecieliśmy do Francji. Po drodze było bardzo niezdrowo i niedobrze. Ostatniej nocy w hotelu stało się źle, płakałem i mam z tego kilka sińców. Po wszystkim niby Sasza mnie ugłaskał i był spokój na pół godziny, później znowu dostałem histerii bez powodu i rzuciłem się do drzwi, i przysięgam, że później już nic nie pamiętam, tylko to jak stałem pod drzwiami hotelu na boso wyjąc z zimna i trząsłem się tak, że nie mogłem zrobić kroku, i słyszałem zbliżający się głos Róży wykrzykującej coś i nerwowo tłumaczącego się odźwiernego.
Czy ktokolwiek potrafi histeryzować tak samo jak ja?
Neee. Z całą pewnością nikt.

Ale najważniejsze jest to, że właśnie siedzę po turecku pod swoim własnym starym kocem na swoim własym starym łóżku (tak, jak podejrzewałem: dziadkowie nie pozbyli się większości mebli, utrzymywali natomiast dom w pedantycznym porządku i wszystko jest tak niemalże tak jak dawniej) i mam łzy w oczach, bo to wszystko jest przepiękne. Nie odzywam się z Saszą znowu. Szczerze mówiąc mam nieodpartą ochotę spakować pewnego razu plecak, wrzucić tam dwa swetry, scyzoryk i kilka kanapek i powiedzieć "adieu", wyjść z domu i nie wrócić bo teraz to mi jest wszystko jedno. Jednak nie czuję się dobrze, umknęło mi coś bardzo ważnego po drodze i nie umiem sprecyzować co.

Dzisiaj nie będę nic jadł bo nie potrafię. Od czterech dni żyję na kawie i papierosach. Nie wiem czy kiedyś będę zadowolony.
This page was loaded Jun 3rd 2012, 10:01 am GMT.